sobota, 13 marca 2010

W MAŁYM MIASTECZKU (Wanda i Sambor)

WANDA ( W małym miasteczku 4)


- Pani ładna, pani śliczna , pani... małpa zagraniczna !
Na schodkach przed budynkiem poczty siedziało w malowniczych pozach kilkoro rozczochranych, obdartych dzieci o śniadej karnacji, zaczepiając swawolnie kolejne przechodzące miasteczkowe elegantki. Efekt był zawsze ten sam - po pierwszej części wierszyka delikwentka uśmiechała się mile połechtana, a po końcówce przyspieszała kroku z wyraźną złością. Wyglądało to jak nagłe przeistoczenie się poczciwego Jekill'a w diabolicznego Hyde'a. Gromadka wybuchała krótkim gardłowym śmiechem i natychmiast przystępowała do ponownego ataku na widok kolejnej ofiary.

Ania szła z mamą z zakupów, siatki były ciężkie i niewygodne. Przystanęły na chwilę. Wyglądało na to, że scenariusz zabawy przebiegnie podobnie. Obecność Romów była w tym miasteczku czymś zupełnie powszechnym i absolutnie oczywistym. Żyła tam spora zamknięta grupa, jako tako zasymilowana z innymi mieszkańcami i zatargi z Polakami bywały rzadkością. Na widok mamy Ani dzieciaki podniosły się ze schodków z entuzjastycznym wrzaskiem
- Nasza pani! Nasza pani !
Umorusane buzie, kędzierzawe loki podskakiwały z niekłamaną radością. Ania czuła się trochę zażenowana, gdy idące przed nimi, zbesztane uprzednio osoby, zaczęły się oglądać do tyłu. Całe zamieszanie wynikało z faktu, że mama dziewczynki od czasu do czasu, widząc głodne dzieciaki przyklejone nosami do szyby pobliskiego baru mlecznego zapraszała kilkoro do środka „ na pierogi”, albo talerz zupy. Kiedyś nawet , a było to pod sklepem z zabawkami, weszła na chwilę do środka i wkrótce wyniosła piłkę rzucając ją w ręce najbliższego małego obdartusa. Przez drobne okruchy serca miała zaskarbioną wdzięczność całej tej dużej i małej kolorowej społeczności. Nikt nie ośmielił się nazwać jej „ małpą zagraniczną ”.

Mama Ani potoczyła wzrokiem po maluchach i zauważyła sześcioletnią dziewczynkę - niby taką sama jak inne, ale wyróżniająca się niebieskimi oczami wśród pozostałych, wlepionych w nią – piwnych.
- Jak masz na imię? - zapytała
- Wanda …
Wanda jak inne dzieci była w cygańskim stroju, brudna i rozczochrana niemiłosiernie. Splątane włosy tworzyły prawdziwe kołtuny, na twarzy biegły jasne ścieżki po jakichś rozpaczliwych łzach. Ładna buzia o regularnych rysach zupełnie nie pasowała do tego obrazu zaniedbania. Bose stopy czarne od ulicznego pyłu, dłonie w niewiele lepszym stanie. Do tego, to okropnie brudne, obdarte ubranie.
Gdyby tak... mama Ani popatrzyła bystro na obie dziewczynki – Wanda była zdecydowanie mniejsza od Ani, pomimo podobnego wieku.
- Wandziu, chodź z nami - coś ci chcę dać.
Dziewczynka posłusznie oderwała się od grupki i pomaszerowała z panią, ku zazdrości pozostałych. Ania zastanawiała się mocno, co też mama wymyśliła. Była podniecona niezwykłą sytuacją, lecz nie odzywała się ani słowem idąc obok Wandy. Bose stopy stukały o granitowe płyty poniemieckiego chodnika, rozgrzane lipcowym słońcem. Doszły wkrótce do mieszkania. Były same. Wanda ciekawie rozglądała się po skromnym mieszkanku – chyba pierwszy raz w życiu była zaproszona do takiego mieszczańskiego wnętrza. Mama Ani rozpaliła ogień w palenisku łazienkowego piecyka. To był piecyk na węgiel z wbudowanym pionowym zbiornikiem na wodę. Kiedy zahuczał ogień zrobiło się w małej łazience przytulnie – woda zagrzała się bardzo szybko. Wypuszczona do wanny opalizowała zielonkawo. Wanda przyglądała się ciekawie staraniom, zupełnie nie przeczuwając o co chodzi.
- Rozbierz się i wskakuj do wody ! - zawołała Ania wesoło, kojarząc zamiary mamy.
Wanda patrzyła z prawdziwym przerażeniem. Perspektywa zdjęcia ubrania i wejścia do białej wanny pełnej ciepłej wody wydawała jej się okropna. Ania wycofała się na palcach do kuchni, Wanda po namowach, pluskaniu rękami w wodzie, odważyła się pokonać strach. Mycie głowy przyjęła bez entuzjazmu popiskując trwożnie. Rozczesywanie splątanych włosów też nie było chyba przyjemne. Zaróżowiona skóra połyskiwała oznakami zdrowia, lśniące włosy dały się w końcu uczesać, ale zgodnie z życzeniem małej, zostały rozpuszczone. Mama przebrała dziewczynkę w czyste ubranie Ani – z którego ta już wyrosła. Największą fascynację Cyganki wywołały … majtki! Chyba po raz pierwszy w życiu miała je na sobie. Wkrótce zasiadły w kuchni kiwając się na taboretach i pałaszowały drożdżówki z serem popijając kakao.
- Mamo! Czy Wanda może zostać z nami NA ZAWSZE?
Mama ani pokręciła głową, wyjaśniając, że Wanda ma swoja rodzinę, która na nią zapewne czeka. Ani nie wydawało się to przekonywujące – sądząc po uprzednim stanie dziewczynki nikt się nią za bardzo nie przejmował.

Ten dzień był wyjątkowy dla nich obu. Wanda jednak była niespokojna, nie umiała się bawić, jak inne koleżanki Ani, Oglądała swoje nowe ubranie w lustrze i śmiała się do siebie. Chciała się jak najszybciej pokazać swoim ziomkom w tak odmienionym stanie. Stukała niecierpliwie bucikami zaaferowana ich niespodziewaną obecnością na nogach. W krótkiej sukience, skarpetkach i sandałkach, umyta i uczesana wyglądała, jak każde polskie dziecko. Mama Ani zapakowała w siatkę cygańskie łaszki. Do drugiej zapakowała kilka ubrań i bielizny po Ani. Tak obładowaną wypuściły na ulicę.


- Pani ładna, pani śliczna … !
Po kilku dniach Ania z mamą przechodziły koło poczty. Dzieciaki zabawiały się tak samo, jak poprzednio. Pomiędzy nimi siedziała Wanda. Spuściła wzrok widząc znajome osoby. Ubrana była w swoje kolorowe spódnice, po staremu bosa. Jednak twarz miała czystą, a włosy w jakim-takim ładzie. Mama Ani uśmiechnęła się do niej. Mała odpowiedziała z ulgą szerokim uśmiechem.
- Mamusiu – Oni odebrali jej wszystko! - Ania była okropnie oburzona.
- Nie szkodzi, córeńko - ja nie jestem już taka pewna, czy to był dobry pomysł z tymi przebierankami.

Ania dopiero po latach zrozumiała, co jej mama miała na myśli.



SAMBOR


Pani Wychowawczyni przyprowadziła rano do klasy nowego ucznia.
- To jest Sambor – powiedziała - Sambor będzie waszym nowym kolegą.
Czterdzieści par uważnych i ciekawych oczu wpatrywało się w chłopaka. Był wysoki, był wyraźnie starszy od nich o jakieś dwa lata. Był Cyganem. Jednak nie takim jakich wielu znali – brudnym obdartusem. Sambor był skromnie, czysto ubrany, uczesany i schludny. Poważny, skupiony. Od razu wzbudzał respekt. Usiadł w ławce wskazanej przez panią. Miał jeden zeszyt w ręce, ołówek położył w rowku na ławce. Pani dała mu swoja książkę - mówiąc jednocześnie
- Piszemy w szkole stalówką. Musisz jutro przynieść pióro. Atrament znajdziesz zawsze na ławce, dbają o to dyżurni.

Bycie dyżurnym, to był prawdziwy zaszczyt. Dyżurny miał ścisłe obowiązki, takie jak dbanie o tablicę, wietrzenie klasy, podlewanie kwiatków. Do prawdziwego rytuału należało otwieranie klasowej szafy i wyciąganie z niej dużej butli atramentu. Należało go pouzupełniać w małych ławkowych kałamarzach codziennie przed lekcjami. Tkwiły one w otworach na środku solidnego blatu, wykonanego z grubego drewna (nie żadnej tam nowomodnej sklejki). Ławki skonstruowano tak, ze z siedziskami tworzyły jedną całość. Poorane scyzorykami pamiętały jeszcze uczniów piszących gotykiem. Tworzyły one w klasie swoisty amfiteatr - całkiem malutkie stały z przodu, a duże - dla dryblasów z tyłu. Ania nieraz po lekcjach siadała w tych ostatnich, ciekawa jak to jest być wysoką, ale nogi dyndały zdradziecko w powietrzu i pani za nic nie dałaby jej opuścić przodu. We wszystkich klasach były też „kąciki czystości” - na taborecie stała miednica z czystą wodą, obok mydełko i ręcznik. Do tej pory ten kącik nie miał praktycznego zastosowania. Nikt z niego nie korzystał – stanowił swoisty ozdobnik pomieszczenia. Dopiero przyjście Sambora nadało mu głęboki sens. Chłopak przed lekcjami dochodził do miednicy i starannie, z namaszczeniem mydlił ręce. Nikt się nie śmiał, a dyżurni czuli się naprawdę potrzebni wymieniając brudną wodę. W klasie zwykle panował zaduch, wzmocniony zapachem czarnego towotu, którym obficie wysmarowane były deski podłogi. Miało to zapobiegać unoszeniu się pyłu w powietrze, ale najmniejszy kontakt z podłożem groził czarnymi plamami trudnymi do zmycia.

Cygan był bardzo spokojny, prawie niezauważalny. Polubili go wszyscy. Któregoś dnia Ania zauważyła czym pisze i otworzyła szeroko oczy. Sambor sporządził sobie prowizoryczną obsadkę – przymocowując stalówkę do ołówka gumką wyciętą z rowerowej opony. W dodatku chłopaka spotkała prawdziwa katastrofa – zapisał zeszyt do ostatniej kartki. Od tej chwili doklejał na koniec kolejne kartki zdobyte jakoś od kolegów. Pisał ładnym równym pismem, a pierwszych liter nauczył się nadzwyczaj szybko.
- Mamo, czy mogę dać swój zapasowy zeszyt Samborowi? Przecież on niczego nie ma, nawet kredek...

Na drugi dzień Ania nieśmiało podeszła do ławki Sambora. Chłopak siedział pochylony nad zeszytem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Zawsze przychodził przed czasem, nigdy się nie spóźnił. Dziewczynka nieśmiało położyła na blacie drewnianą obsadkę ze stalówką „z krzyżykiem” i nowy zeszyt.
- To dla Ciebie, Sambor...
Chłopak drgnął zaskoczony, nienawykły do prezentów. Dziewczynka poczerwieniała jak piwonia. Scenka jednak nie uszła uwadze innych dzieci – zgromadziły się wkrótce wokół ławki jak stadko wróbli i każde z nich chciało coś podarować koledze od siebie. Posypały się na blat gumki „myszki” , notesiki, ołówki i kolorowe kredki. Ktoś nawet położył kolejny nowy zeszyt. Sambor nie umiał dziękować. Był szczęśliwy. Czysta bibuła wchłonęła niespodziewane dwie grube łzy.

Rok szkolny kończył się. Cygan należał do klasowej czołówki. Miał praktycznie same piątki i czwórkę z WF-u za permanentny brak stroju do ćwiczeń. Pani na rozdanie świadectw przyniosła stosik książek dla najlepszych uczniów. Ania spodziewała się nagrody. Lubiła tę chwilę, kiedy wywoływana, odbierała pachnącą drukiem opowieść. Usiadła, kartkując zdobycz - „Ania z zielonego wzgórza” ! Nic lepszego nie mogła dostać. Ostatnia książka została w rękach Pani
- Sambor !
Cisza przetoczyła się po klasie i zawisła w powietrzu, nawet chłopcy wydłubujący z kałamarza zaschniętą muchę zamarli w bezruchu. Miejsce Sambora było puste. To niepojęte – w TAKIM dniu, w dniu rozdania świadectw nie było go ! Pani z westchnieniem odłożyła książkę. Dzieci niczego nie rozumiały. Sambor nauczył się płynnie czytać i pisać. Tyle wystarczyło w jego społeczności. Już nigdy nie pojawił się w szkole, choć po wakacjach długo jeszcze wpatrywały się z nadzieją w puste krzesło.