sobota, 13 marca 2010

W MAŁYM MIASTECZKU (Wanda i Sambor)

WANDA ( W małym miasteczku 4)


- Pani ładna, pani śliczna , pani... małpa zagraniczna !
Na schodkach przed budynkiem poczty siedziało w malowniczych pozach kilkoro rozczochranych, obdartych dzieci o śniadej karnacji, zaczepiając swawolnie kolejne przechodzące miasteczkowe elegantki. Efekt był zawsze ten sam - po pierwszej części wierszyka delikwentka uśmiechała się mile połechtana, a po końcówce przyspieszała kroku z wyraźną złością. Wyglądało to jak nagłe przeistoczenie się poczciwego Jekill'a w diabolicznego Hyde'a. Gromadka wybuchała krótkim gardłowym śmiechem i natychmiast przystępowała do ponownego ataku na widok kolejnej ofiary.

Ania szła z mamą z zakupów, siatki były ciężkie i niewygodne. Przystanęły na chwilę. Wyglądało na to, że scenariusz zabawy przebiegnie podobnie. Obecność Romów była w tym miasteczku czymś zupełnie powszechnym i absolutnie oczywistym. Żyła tam spora zamknięta grupa, jako tako zasymilowana z innymi mieszkańcami i zatargi z Polakami bywały rzadkością. Na widok mamy Ani dzieciaki podniosły się ze schodków z entuzjastycznym wrzaskiem
- Nasza pani! Nasza pani !
Umorusane buzie, kędzierzawe loki podskakiwały z niekłamaną radością. Ania czuła się trochę zażenowana, gdy idące przed nimi, zbesztane uprzednio osoby, zaczęły się oglądać do tyłu. Całe zamieszanie wynikało z faktu, że mama dziewczynki od czasu do czasu, widząc głodne dzieciaki przyklejone nosami do szyby pobliskiego baru mlecznego zapraszała kilkoro do środka „ na pierogi”, albo talerz zupy. Kiedyś nawet , a było to pod sklepem z zabawkami, weszła na chwilę do środka i wkrótce wyniosła piłkę rzucając ją w ręce najbliższego małego obdartusa. Przez drobne okruchy serca miała zaskarbioną wdzięczność całej tej dużej i małej kolorowej społeczności. Nikt nie ośmielił się nazwać jej „ małpą zagraniczną ”.

Mama Ani potoczyła wzrokiem po maluchach i zauważyła sześcioletnią dziewczynkę - niby taką sama jak inne, ale wyróżniająca się niebieskimi oczami wśród pozostałych, wlepionych w nią – piwnych.
- Jak masz na imię? - zapytała
- Wanda …
Wanda jak inne dzieci była w cygańskim stroju, brudna i rozczochrana niemiłosiernie. Splątane włosy tworzyły prawdziwe kołtuny, na twarzy biegły jasne ścieżki po jakichś rozpaczliwych łzach. Ładna buzia o regularnych rysach zupełnie nie pasowała do tego obrazu zaniedbania. Bose stopy czarne od ulicznego pyłu, dłonie w niewiele lepszym stanie. Do tego, to okropnie brudne, obdarte ubranie.
Gdyby tak... mama Ani popatrzyła bystro na obie dziewczynki – Wanda była zdecydowanie mniejsza od Ani, pomimo podobnego wieku.
- Wandziu, chodź z nami - coś ci chcę dać.
Dziewczynka posłusznie oderwała się od grupki i pomaszerowała z panią, ku zazdrości pozostałych. Ania zastanawiała się mocno, co też mama wymyśliła. Była podniecona niezwykłą sytuacją, lecz nie odzywała się ani słowem idąc obok Wandy. Bose stopy stukały o granitowe płyty poniemieckiego chodnika, rozgrzane lipcowym słońcem. Doszły wkrótce do mieszkania. Były same. Wanda ciekawie rozglądała się po skromnym mieszkanku – chyba pierwszy raz w życiu była zaproszona do takiego mieszczańskiego wnętrza. Mama Ani rozpaliła ogień w palenisku łazienkowego piecyka. To był piecyk na węgiel z wbudowanym pionowym zbiornikiem na wodę. Kiedy zahuczał ogień zrobiło się w małej łazience przytulnie – woda zagrzała się bardzo szybko. Wypuszczona do wanny opalizowała zielonkawo. Wanda przyglądała się ciekawie staraniom, zupełnie nie przeczuwając o co chodzi.
- Rozbierz się i wskakuj do wody ! - zawołała Ania wesoło, kojarząc zamiary mamy.
Wanda patrzyła z prawdziwym przerażeniem. Perspektywa zdjęcia ubrania i wejścia do białej wanny pełnej ciepłej wody wydawała jej się okropna. Ania wycofała się na palcach do kuchni, Wanda po namowach, pluskaniu rękami w wodzie, odważyła się pokonać strach. Mycie głowy przyjęła bez entuzjazmu popiskując trwożnie. Rozczesywanie splątanych włosów też nie było chyba przyjemne. Zaróżowiona skóra połyskiwała oznakami zdrowia, lśniące włosy dały się w końcu uczesać, ale zgodnie z życzeniem małej, zostały rozpuszczone. Mama przebrała dziewczynkę w czyste ubranie Ani – z którego ta już wyrosła. Największą fascynację Cyganki wywołały … majtki! Chyba po raz pierwszy w życiu miała je na sobie. Wkrótce zasiadły w kuchni kiwając się na taboretach i pałaszowały drożdżówki z serem popijając kakao.
- Mamo! Czy Wanda może zostać z nami NA ZAWSZE?
Mama ani pokręciła głową, wyjaśniając, że Wanda ma swoja rodzinę, która na nią zapewne czeka. Ani nie wydawało się to przekonywujące – sądząc po uprzednim stanie dziewczynki nikt się nią za bardzo nie przejmował.

Ten dzień był wyjątkowy dla nich obu. Wanda jednak była niespokojna, nie umiała się bawić, jak inne koleżanki Ani, Oglądała swoje nowe ubranie w lustrze i śmiała się do siebie. Chciała się jak najszybciej pokazać swoim ziomkom w tak odmienionym stanie. Stukała niecierpliwie bucikami zaaferowana ich niespodziewaną obecnością na nogach. W krótkiej sukience, skarpetkach i sandałkach, umyta i uczesana wyglądała, jak każde polskie dziecko. Mama Ani zapakowała w siatkę cygańskie łaszki. Do drugiej zapakowała kilka ubrań i bielizny po Ani. Tak obładowaną wypuściły na ulicę.


- Pani ładna, pani śliczna … !
Po kilku dniach Ania z mamą przechodziły koło poczty. Dzieciaki zabawiały się tak samo, jak poprzednio. Pomiędzy nimi siedziała Wanda. Spuściła wzrok widząc znajome osoby. Ubrana była w swoje kolorowe spódnice, po staremu bosa. Jednak twarz miała czystą, a włosy w jakim-takim ładzie. Mama Ani uśmiechnęła się do niej. Mała odpowiedziała z ulgą szerokim uśmiechem.
- Mamusiu – Oni odebrali jej wszystko! - Ania była okropnie oburzona.
- Nie szkodzi, córeńko - ja nie jestem już taka pewna, czy to był dobry pomysł z tymi przebierankami.

Ania dopiero po latach zrozumiała, co jej mama miała na myśli.



SAMBOR


Pani Wychowawczyni przyprowadziła rano do klasy nowego ucznia.
- To jest Sambor – powiedziała - Sambor będzie waszym nowym kolegą.
Czterdzieści par uważnych i ciekawych oczu wpatrywało się w chłopaka. Był wysoki, był wyraźnie starszy od nich o jakieś dwa lata. Był Cyganem. Jednak nie takim jakich wielu znali – brudnym obdartusem. Sambor był skromnie, czysto ubrany, uczesany i schludny. Poważny, skupiony. Od razu wzbudzał respekt. Usiadł w ławce wskazanej przez panią. Miał jeden zeszyt w ręce, ołówek położył w rowku na ławce. Pani dała mu swoja książkę - mówiąc jednocześnie
- Piszemy w szkole stalówką. Musisz jutro przynieść pióro. Atrament znajdziesz zawsze na ławce, dbają o to dyżurni.

Bycie dyżurnym, to był prawdziwy zaszczyt. Dyżurny miał ścisłe obowiązki, takie jak dbanie o tablicę, wietrzenie klasy, podlewanie kwiatków. Do prawdziwego rytuału należało otwieranie klasowej szafy i wyciąganie z niej dużej butli atramentu. Należało go pouzupełniać w małych ławkowych kałamarzach codziennie przed lekcjami. Tkwiły one w otworach na środku solidnego blatu, wykonanego z grubego drewna (nie żadnej tam nowomodnej sklejki). Ławki skonstruowano tak, ze z siedziskami tworzyły jedną całość. Poorane scyzorykami pamiętały jeszcze uczniów piszących gotykiem. Tworzyły one w klasie swoisty amfiteatr - całkiem malutkie stały z przodu, a duże - dla dryblasów z tyłu. Ania nieraz po lekcjach siadała w tych ostatnich, ciekawa jak to jest być wysoką, ale nogi dyndały zdradziecko w powietrzu i pani za nic nie dałaby jej opuścić przodu. We wszystkich klasach były też „kąciki czystości” - na taborecie stała miednica z czystą wodą, obok mydełko i ręcznik. Do tej pory ten kącik nie miał praktycznego zastosowania. Nikt z niego nie korzystał – stanowił swoisty ozdobnik pomieszczenia. Dopiero przyjście Sambora nadało mu głęboki sens. Chłopak przed lekcjami dochodził do miednicy i starannie, z namaszczeniem mydlił ręce. Nikt się nie śmiał, a dyżurni czuli się naprawdę potrzebni wymieniając brudną wodę. W klasie zwykle panował zaduch, wzmocniony zapachem czarnego towotu, którym obficie wysmarowane były deski podłogi. Miało to zapobiegać unoszeniu się pyłu w powietrze, ale najmniejszy kontakt z podłożem groził czarnymi plamami trudnymi do zmycia.

Cygan był bardzo spokojny, prawie niezauważalny. Polubili go wszyscy. Któregoś dnia Ania zauważyła czym pisze i otworzyła szeroko oczy. Sambor sporządził sobie prowizoryczną obsadkę – przymocowując stalówkę do ołówka gumką wyciętą z rowerowej opony. W dodatku chłopaka spotkała prawdziwa katastrofa – zapisał zeszyt do ostatniej kartki. Od tej chwili doklejał na koniec kolejne kartki zdobyte jakoś od kolegów. Pisał ładnym równym pismem, a pierwszych liter nauczył się nadzwyczaj szybko.
- Mamo, czy mogę dać swój zapasowy zeszyt Samborowi? Przecież on niczego nie ma, nawet kredek...

Na drugi dzień Ania nieśmiało podeszła do ławki Sambora. Chłopak siedział pochylony nad zeszytem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Zawsze przychodził przed czasem, nigdy się nie spóźnił. Dziewczynka nieśmiało położyła na blacie drewnianą obsadkę ze stalówką „z krzyżykiem” i nowy zeszyt.
- To dla Ciebie, Sambor...
Chłopak drgnął zaskoczony, nienawykły do prezentów. Dziewczynka poczerwieniała jak piwonia. Scenka jednak nie uszła uwadze innych dzieci – zgromadziły się wkrótce wokół ławki jak stadko wróbli i każde z nich chciało coś podarować koledze od siebie. Posypały się na blat gumki „myszki” , notesiki, ołówki i kolorowe kredki. Ktoś nawet położył kolejny nowy zeszyt. Sambor nie umiał dziękować. Był szczęśliwy. Czysta bibuła wchłonęła niespodziewane dwie grube łzy.

Rok szkolny kończył się. Cygan należał do klasowej czołówki. Miał praktycznie same piątki i czwórkę z WF-u za permanentny brak stroju do ćwiczeń. Pani na rozdanie świadectw przyniosła stosik książek dla najlepszych uczniów. Ania spodziewała się nagrody. Lubiła tę chwilę, kiedy wywoływana, odbierała pachnącą drukiem opowieść. Usiadła, kartkując zdobycz - „Ania z zielonego wzgórza” ! Nic lepszego nie mogła dostać. Ostatnia książka została w rękach Pani
- Sambor !
Cisza przetoczyła się po klasie i zawisła w powietrzu, nawet chłopcy wydłubujący z kałamarza zaschniętą muchę zamarli w bezruchu. Miejsce Sambora było puste. To niepojęte – w TAKIM dniu, w dniu rozdania świadectw nie było go ! Pani z westchnieniem odłożyła książkę. Dzieci niczego nie rozumiały. Sambor nauczył się płynnie czytać i pisać. Tyle wystarczyło w jego społeczności. Już nigdy nie pojawił się w szkole, choć po wakacjach długo jeszcze wpatrywały się z nadzieją w puste krzesło.

piątek, 5 lutego 2010

W MAŁYM MIASTECZKU (ptaszki)







Koniec lat 50-tych


Oto kolejne gorące, rozbuchane lato brzęczące natrętnymi muchami i stadami os. Pustynnie ciepły wiatr wznosi od czasu do czasu szare tumany pyłu - drobinek gleby z okolicznych ogródków w połączeniu z piaskiem, niesionym z pobliskich nabrzeży szeroko rozlanej rzeki Odry.
Słońce pełza leniwie i przesuwa się po ścianach, demaskując bezlitośnie każdy najdrobniejszy szczegół skromnego kuchennego pomieszczenia.
W niewielkim mieszkaniu starych ludzi mieszczącym się na parterze poniemieckiej czynszowej , obskurnej kamienicy nie znajdziesz ani jednego owada. W oknie tkwi zapobiegliwa siatka broniąca dostępu wszelkim nieproszonym gościom.

Pani Petronela w latach młodości mieszkanka Kołomyi, nie ścierpiałaby gdyby jakaś mucha przechadzała się po stole, albo brzęczała uparcie na szybie. Nie ścierpiałaby również kurzu na starannie ułożonych starych zeszytach swojego syna - jedynaka. Regularnie i z prawdziwą czułością właściwą tylko matkom - omiatała ściereczką te zeszyty, z początków szkoły podstawowej, jakby sie jeszcze mogły komuś przydać.

Anna jest tu częstym gościem - uwielbia całymi godzinami siedzieć pod oknem kuchni o drewnianych wysłużonych deskach, na wąskiej drewnianej ławce. Jeszcze długo patykowate nogi nogi nie dostaną podłogi, wykonując swój niespokojny taniec wszystkich ruchliwych małych dziewczynek.


Jak sięgnąć okiem wszystko w tej kuchni jest solidnie drewniane. Podłoga - stół - kredens - okienne ramy - ławeczka. Wszystko wyszorowane wielokrotnie do czysta, pachnące mydlinami. Na ścianie nad stołem wisi duży obraz. Nie taki jak w domu Anny - za szkłem. Ten obraz jest "prawdziwy" namalowany dawno temu olejną farbą. Malowany był przez Pana Lońka -męża Petroneli. Przedstawia postać Jezusa w białej długiej szacie na tle łąki - Jezusa z długa laską, pasącego owieczki.
Anna widzi, ze ta laska trochę nieudana - jakby w pewnym momencie zadrżała malarzowi ręka.

(Widziała potem w muzeach tak wiele doskonałych obrazów, że nawet nie była ich w stanie zapamiętać, a tę amatorsko namalowaną krzywą laskę
pamięta wyraźnie do dzisiaj)

Staruszkowie mieszkają tu od niepamiętnych czasów, a najpewniej od wyzwolenia miasta i repatriacji ludności z Kresów Wschodnich. Pan Loniek jest w pojęciu dziewczynki - bardzo stary. Niesamowity. Już samo to, że ma jedno szklane oko powoduje, że Anna patrzy nań z podziwem i niekłamanym respektem. Mało tego, pan Loniek ma jeszcze kilka palców dłoni krótszych, urwanych na różnej długości - zupełnie bez paznokci. Te okrągłe urwane palce są jednak tak niewiarygodnie zręczne. Potrafią tak sprawnie nabić fajkę tytoniem, pomimo protestów żony oganiającej się od kłębów dymu.

Anna nie może oderwać wzroku, kiedy ich właściciel bierze mały zakrzywiony kozik i struga z kawałków drewna zabawne ptaszki.
Kilka z nich ozdabia półki w kuchni. Są wysoko - szkoda, że nie da się nimi pobawić - nie śmie o to zapytać. Pan Loniek w czasie strugania zakrywa plecami swoje dzieło i nagle po ukończeniu wydobywa go zza głowy dziewczynki świergocząc i śmiejąc się z niespodzianki. Anna jest zachwycona.

Pani Petronela mała i szczupła staruszka trochę krzywym okiem patrzy na to struganie i dokazywanie męża.
- A nie zapomnij pozbierać strużyn, Stary! Ot, utrapienie ! A dziecku w głowie nie mieszaj! Niby gniewa się, ale przez chwilę jej zatroskane
zmarszczki wygładzają się i pani Petronela młodnieje o kilkanaście lat, zanim znowu nie przybierze swojej surowej, niezadowolonej miny.

Pan Loniek szczupły, wysoki - to kiedyś był kawaler! Miał przed wojną własny zakład fryzjerski, gdzieś daleko - w Kołomyi. Petroneli spodobał się wtedy wesoły chłopak z dobrym fachem w ręku. Pobrali się. Kiedy wybuchła wojna, jeden z pierwszych pocisków uderzył w dom i zakład. Zostały gruzy. Pani Petronela nie mogła pogodzić się ze stratą. To była prawdziwa tragedia. Petronela nigdy tak naprawdę się z niej nie podniosła.
Po wojnie zamieszkali w czynszowej kamienicy na Ziemiach Odzyskanych, na ulicy biegnącej równolegle do brzegów Odry.


Pani Petronela często zajmowała się Anną, w czasie nieobecności rodziców. Przedszkole nie wchodziło w grę - Anna po chorobie musiała unikać zbiorowisk. Kobieta lubiła Annę, która spokojnie i ciekawie chłonęła szeroko otwartymi oczami otaczający świat i nie sprawiała zbyt wiele kłopotów. Mieli tylko jednego syna - Kazia. To był trzpiot niesłychany, zawsze nieobecny, zawsze spieszący się. Miejsca w domu nigdy nie zagrzał. To było prawdziwe święto, kiedy Anna mgła go zastać w domu rodziców przez kilka chwil. Ale było wesoło ! Kazio miał śmiejące psotne oczy i zawsze dobry humor. Siadywali czasem na ławce pod oknem w kuchni, a chłopak wymyślał różne psoty. A to za warkocze pociągnął z niewinną miną, a to zagwizdał nad uchem.

Matka niby to gniewała się, karciła, ale oczy jej się śmiały do jedynaka. Dumna była - taki ładny, zgrabny chłopak. Czasu nigdy nie miał na jedzenie - zagwizdali koledzy pod oknem - a on już - myk z domu ! - i szukaj takiego nie wiadomo gdzie.

W jedynym pokoju będącym w posiadaniu tej rodziny Anna zapamiętała duże, podwójne małżeńskie łoże, oraz małe dziecięce łóżeczko ze szczebelkami i toaletkę z trzema lustrami, na której były prawdziwe cuda - drobne porcelanowe figurki przywiezione jeszcze z Kresów. Dziewczynka zawsze ostrożnie i długo je oglądała, były niepowtarzalne - tancerki, łabędzie, ptaszki, gąski z pastuszkami. Dla Petroneli bardzo cenne rekwizyty przeszłości. Ta nieduża kobieta czasem kładła się po obiedzie do dziecięcego łóżeczka - gdzie ku uciesze Ani mieściła się znakomicie. Pani Petronela nie burzyła niepotrzebnie zaścielonych dużych - okrytych pierzynami łóżek. Pan Longin miał jeszcze inne zajęcie - na podwórku kawałek terenu był zagospodarowany i odgrodzony. Tam znajdowały się klatki z królikami.

To była prawdziwa enklawa zieleni - wśród drzew i traw stały rzędem porządnie postawione drewniane klatki. Króliki zabawnie biegały i ruszały
nieustannie nosami. Longin z namaszczeniem podawał im pokrojoną marchew, sałatę i liście kapusty. Dla Ani było to prawdziwe przeżycie, kiedy mały pyszczek wciągał zieleninę wprost z jej ręki. Widać było, że staruszek lubi to zajęcie i w towarzystwie zwierząt czuje się znakomicie.

Pomarli staruszkowie, kamienica doczekała się rozbiórki. Anna rozglądała się z roztargnieniem po odpustowych straganach. Patrzyła z niesmakiem na plastikowe pistolety, koszmarne piszczałki, cały ten tandetny kram. Strzelały kapiszony, lepkie cukierki ręcznej roboty przywoływały stada os. Spora garść ludzi okupywała stoisko z anachronicznymi zabawkami struganymi w drewnie. Jakieś drewniane motyle na kółkach, klapiące niezgrabnie skrzydłami, koniki z chudymi nieproporcjonalnie nogami, małe i duże wozy drabiniaste... Nad głową dyndała garść drewnianych ptaszków. Anna szybko przeszukała kieszenie

- Wszystkie ptaszki poproszę!

- Po co ci...? - dziwił się mąż Ani

- To taki mój kawałek Kołomyi - odpowiedziała zagadkowo Anna

W MAŁYM MIASTECZKU (dumni i pokonani)





Dziewczynka leżała w łóżku i nie wolno jej było wstawać "nawet za potrzebą", choć przecież nic już nie bolało. Na początku było zabawnie tak poleniuchować, ale tylko przez kilka dni. Wciśnięty wstydliwie pod łózko pobrzękiwał od czasu do czasu blaszany nocnik, choć do łazienki było zaledwie kilka kroków.
- Dobrze, że nikt nie widzi, przecież jestem już duża - myślała.

Anna doświadczyła już, że godziny dzielą się na te okropnie długie, kiedy matka wychodzi do kolejki i nie wraca wkrótce " od rzeźnika", choć sklep jest zaledwie za rogiem ulicy, oraz na te krótkie - gdy czytana książka staje się strasznie, ale to strasznie ciekawa. Podobnie jest jeżeli przyjdzie ktoś w odwiedziny i zajmująco opowiada. Tych odwiedzin właściwie było niewiele. Wszyscy mieszkali w świeżo wyremontowanej, poniemieckiej kamienicy od niedawna i zupełnie się nie znali. Przemykali na schodach obok siebie, uśmiechając się z zażenowaniem i tyle.

Czasami przychodziła na chwilę, zdyszana jak zawsze, Chrzestna Matka - starsza kobieta - wdowa, chcąc dowiedzieć się o postępy w zdrowieniu Ani. Zwykle jednak szczególnie po to, by przekazać najświeższe plotki zasłyszane wprost z kolejki, jak ta o jedynej w miasteczku dentystce, której służąca chodziła dumnie w dni powszednie w strojach i kapeluszach swej pani, tych samych, które ta wkładała od święta. Całe miasteczko trzęsło się ze śmiechu, bo pomoc wyglądała jak strach na wróble w przekrzywionym stroju chlebodawczyni i jaskrawym tandetnym makijażu własnego pomysłu.

Najzabawniejsze jednak było dla dziewczynki to - jak kiedyś w jej obecności jakiś niemłody mężczyzna z uszanowaniem i celebracją całował rękę Chrzestnej i zwracał się per "Pani Baronowo".

- Mamusiu - przecież Chrzestna nie wygląda na żadną baronową! - Ania miała jakie takie wyobrażenie z przeczytanych książek o wymaganej prezencji baronowych - To zwykła kobieta, w dodatku zawsze w chusteczce na głowie, z ogromnymi czerwonymi stopami i rękami !

Widok ten w żaden sposób nie pasował do wyobrażeń dziewczynki, zwłaszcza gdy miała przed oczyma, jak szoruje drewnianą podłogę swojego mieszkania, albo pierze w balii, trąc zamaszyście bieliznę o blaszaną falistą " tarę" i rozdeptując bosymi sękatymi nogami rozbryzganą pianę; robiła to z prawdziwą pasją i oddaniem, bez narzekania i sentymentów.

Matka uśmiechała się na ten często powtarzany zarzut, aż nagabywana raz kolejny wspomniała, że Matka Chrzestna faktycznie miała kiedyś męża-barona, który grając namiętnie w karty pozbył się swego baronowskiego "von" dla uratowania honoru i wkrótce potem zmarł powołany na front. Na tym skończył się cały splendor byłej baronowej, która szybko umiała dostosować się do realiów socjalistycznej Polski i nie zawracała sobie głowy głupstwami. Twarda, przedwojenna, wykształcona "do koronkowych robótek" potrafiła chwycić zarówno za motykę, jak i za łopatę na budowie, ratując swoją wielodzietna rodzinę od głodu i poniewierki. Mama Ani, fizycznie znacznie słabsza, często prosiła ją o pomoc przy grubszym praniu i wtedy w całym domu dominował zapach płatków mydlanych, panował ogólny rozgardiasz i można było niezauważenie puszczać słomką pyszne kolorowe bańki mydlane, rozbryzgujące się pod sufitem w paskudne mokre plamy - ale kto by o to wtedy dbał !



Gdy się leży długo w łóżku, dochodzi się do chwili, w której wszystkie książki zostały przeczytane, wszystkie historie opowiedziane, a zegar ma już tylko same długie godziny.
- Mamo ! Nudzę się ! Zobaczysz - wstanę po kryjomu, jak wyjdziesz i zacznę tańczyć! Albo... wybiegnę z domu !

Lato już przechyliło się nieco na jesienną stronę lecz Annie jeszcze nie wolno było opuścić pokoju. Przez otwarte okna chciwie łowiła odgłosy bawiących się dzieci, z których żadne nie przychodziło, bo kto chciał spędzać czas z ledwie znajomą, skoro tyle się działo pomiędzy śmietnikiem, trzepakiem, a drewnianym płotem sąsiada.

Któregoś dnia mama Ani wróciła do domu szczególnie wzburzona i zdenerwowana. Dzieciaki z podwórka - bezmyślnie okrutne - obrzucały kamieniami starą skulona wpół Niemkę, która stała przed domem i z przekrzywiona głową błogosławiła go szerokim krzyżem, mamrocząc coś po niemiecku. Nieszczęsna, pozbawiona znacznego majątku wskutek działań wojennych, nie opuściła miasta "ze swoimi" - pomieszane zmysły nie pozwoliły jej oddalić się od tego, co bliskie i znane. Dla Ani i innych dzieciaków ta słaba i pomylona kobiecina, niegdyś dumna i bogata właścicielka dużej miejscowej garbarni była symbolem niedawno pokonanego wroga - hitlerowca, którego należało zniszczyć i przepędzić. Jak psa.

Pusta ręka zapiekła dziewczynkę nieznośnie.

W MAŁYM MIASTECZKU (liże kosci, kąsa serce)







- Raz - dwa- trzy! Raz - dwa - trzy!
Ciemne warkocze z furkotem opadały na drobne ramiona Anny, jak dwa twarde biczyki. Chude nogi podskakiwały wzbijając kurz i brudząc niemiłosiernie stopy w podniszczonych sandałkach. Mogła grać w klasy bez końca od rana do wieczora niestrudzenie pokonując pokratkowane przestrzenie i przesuwając kawałek butelkowego szkiełka z pola na pole.

Niedzielne letnie przedpołudnie pełne było much, os i tego utrapionego jednostajnego bełkotu wydobywającego się z otwartych na oścież okien. Głos natarczywy, męski z kiepską dykcją, pełny niezrozumiałych dla dziewczynki słów i zwrotów wydobywał się z radia u któregoś z sąsiadów. Z grubsza rozumiała zaledwie strzępy zdań, które gubiły się i plątały, drażniły uszy i wgryzały w każdą myśl, rozpraszając ją skutecznie i kawałkując na zlepki wyrazów. Anna w takich chwilach stawała nagle i wkładała palce do uszu. W tej pozycji przez kilka chwil można było zebrać myśli i powstrzymać narastającą irytację.
- Że też ktoś chce słuchać tego jazgotu!

Niedzielne przedpołudnia były najgorsze. Była chyba jedynym rannym ptaszkiem, który błąkał się bez celu po podwórku zaglądając we wszystkie jego kąty. Pomiędzy śmietnikiem z krzewem czarnego bzu, a rozłożystym orzechem wyglądającym zza płotu sąsiada nic się jednak nie działo. Pod parkanem bielały jakieś zmięte papiery, wypłowiała trawa coraz szerzej ustępowała miejsca wysuszonym połaciom ziemi. Nuda. Zrezygnowana wyciągała z kieszeni zielone szkiełko i na ubitej ziemi rysowała patykiem kwadrat poprzecinany kreskami na dziewięć równych pól . W klasy grały praktycznie wszystkie podwórka we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach powojennej Polski. Również we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach z uchylonych okien dobywał się się bełkot Towarzysza Wiesława.

Anna podskoczyła jeszcze kilka razy i poczuła okropny, dojmujący, paraliżujący ból w kolanie. Rozejrzała się bezradnie - nie było mowy o dojściu do mieszkania na pierwszym piętrze o własnych siłach. Kilka kroków dalej, na tym samym podwórku zauważyła chłopca, nieco starszego od siebie. Rąbał zaciekle pokrzywy pod płotem góralską laską. Zdjęty nagłym impulsem podbiegł do Anny wręczając jej swoją broń
- Masz, ale zaraz oddaj, najlepiej pójdę z tobą - mieszkamy na tym samym piętrze ! I pobiegł przed nią sadząc zajęcze susy i bębniąc w drzwi Anny
- Proszę Pani! Proszę Pani! Szybko! Coś się stało!


Pani Doktor pokiwała głowa z wyraźną troską
- To wygląda na chorobę reumatyczną. Stwierdziła
- Jak to? Reumatyzm to choroba staruszek - dziwili się rodzice Anny
- Wręcz przeciwnie - Staruszki mają gościec, a to, to choroba głównie dzieci. Poważna sprawa. Powiadają - "liże kości, kąsa serce".

Mama Ani spojrzała z niedowierzaniem na mówiącą. Rozpoznała w niej Panią, która ostatniej niedzieli stała przed nią w kościele w mocno pocerowanych pończochach. Mimo woli podziwiała wtedy rękę, która potrafiła zrobić to absolutnie artystycznie.
Rękę staruszki - matki lekarki