Koniec lat 50-tych
Oto kolejne gorące, rozbuchane lato brzęczące natrętnymi muchami i stadami os. Pustynnie ciepły wiatr wznosi od czasu do czasu szare tumany pyłu - drobinek gleby z okolicznych ogródków w połączeniu z piaskiem, niesionym z pobliskich nabrzeży szeroko rozlanej rzeki Odry. Słońce pełza leniwie i przesuwa się po ścianach, demaskując bezlitośnie każdy najdrobniejszy szczegół skromnego kuchennego pomieszczenia. W niewielkim mieszkaniu starych ludzi mieszczącym się na parterze poniemieckiej czynszowej , obskurnej kamienicy nie znajdziesz ani jednego owada. W oknie tkwi zapobiegliwa siatka broniąca dostępu wszelkim nieproszonym gościom.
Pani Petronela w latach młodości mieszkanka Kołomyi, nie ścierpiałaby gdyby jakaś mucha przechadzała się po stole, albo brzęczała uparcie na szybie. Nie ścierpiałaby również kurzu na starannie ułożonych starych zeszytach swojego syna - jedynaka. Regularnie i z prawdziwą czułością właściwą tylko matkom - omiatała ściereczką te zeszyty, z początków szkoły podstawowej, jakby sie jeszcze mogły komuś przydać.
Anna jest tu częstym gościem - uwielbia całymi godzinami siedzieć pod oknem kuchni o drewnianych wysłużonych deskach, na wąskiej drewnianej ławce. Jeszcze długo patykowate nogi nogi nie dostaną podłogi, wykonując swój niespokojny taniec wszystkich ruchliwych małych dziewczynek.
Jak sięgnąć okiem wszystko w tej kuchni jest solidnie drewniane. Podłoga - stół - kredens - okienne ramy - ławeczka. Wszystko wyszorowane wielokrotnie do czysta, pachnące mydlinami. Na ścianie nad stołem wisi duży obraz. Nie taki jak w domu Anny - za szkłem. Ten obraz jest "prawdziwy" namalowany dawno temu olejną farbą. Malowany był przez Pana Lońka -męża Petroneli. Przedstawia postać Jezusa w białej długiej szacie na tle łąki - Jezusa z długa laską, pasącego owieczki. Anna widzi, ze ta laska trochę nieudana - jakby w pewnym momencie zadrżała malarzowi ręka.
(Widziała potem w muzeach tak wiele doskonałych obrazów, że nawet nie była ich w stanie zapamiętać, a tę amatorsko namalowaną krzywą laskę pamięta wyraźnie do dzisiaj)
Staruszkowie mieszkają tu od niepamiętnych czasów, a najpewniej od wyzwolenia miasta i repatriacji ludności z Kresów Wschodnich. Pan Loniek jest w pojęciu dziewczynki - bardzo stary. Niesamowity. Już samo to, że ma jedno szklane oko powoduje, że Anna patrzy nań z podziwem i niekłamanym respektem. Mało tego, pan Loniek ma jeszcze kilka palców dłoni krótszych, urwanych na różnej długości - zupełnie bez paznokci. Te okrągłe urwane palce są jednak tak niewiarygodnie zręczne. Potrafią tak sprawnie nabić fajkę tytoniem, pomimo protestów żony oganiającej się od kłębów dymu.
Anna nie może oderwać wzroku, kiedy ich właściciel bierze mały zakrzywiony kozik i struga z kawałków drewna zabawne ptaszki. Kilka z nich ozdabia półki w kuchni. Są wysoko - szkoda, że nie da się nimi pobawić - nie śmie o to zapytać. Pan Loniek w czasie strugania zakrywa plecami swoje dzieło i nagle po ukończeniu wydobywa go zza głowy dziewczynki świergocząc i śmiejąc się z niespodzianki. Anna jest zachwycona.
Pani Petronela mała i szczupła staruszka trochę krzywym okiem patrzy na to struganie i dokazywanie męża. - A nie zapomnij pozbierać strużyn, Stary! Ot, utrapienie ! A dziecku w głowie nie mieszaj! Niby gniewa się, ale przez chwilę jej zatroskane zmarszczki wygładzają się i pani Petronela młodnieje o kilkanaście lat, zanim znowu nie przybierze swojej surowej, niezadowolonej miny.
Pan Loniek szczupły, wysoki - to kiedyś był kawaler! Miał przed wojną własny zakład fryzjerski, gdzieś daleko - w Kołomyi. Petroneli spodobał się wtedy wesoły chłopak z dobrym fachem w ręku. Pobrali się. Kiedy wybuchła wojna, jeden z pierwszych pocisków uderzył w dom i zakład. Zostały gruzy. Pani Petronela nie mogła pogodzić się ze stratą. To była prawdziwa tragedia. Petronela nigdy tak naprawdę się z niej nie podniosła. Po wojnie zamieszkali w czynszowej kamienicy na Ziemiach Odzyskanych, na ulicy biegnącej równolegle do brzegów Odry.
Pani Petronela często zajmowała się Anną, w czasie nieobecności rodziców. Przedszkole nie wchodziło w grę - Anna po chorobie musiała unikać zbiorowisk. Kobieta lubiła Annę, która spokojnie i ciekawie chłonęła szeroko otwartymi oczami otaczający świat i nie sprawiała zbyt wiele kłopotów. Mieli tylko jednego syna - Kazia. To był trzpiot niesłychany, zawsze nieobecny, zawsze spieszący się. Miejsca w domu nigdy nie zagrzał. To było prawdziwe święto, kiedy Anna mgła go zastać w domu rodziców przez kilka chwil. Ale było wesoło ! Kazio miał śmiejące psotne oczy i zawsze dobry humor. Siadywali czasem na ławce pod oknem w kuchni, a chłopak wymyślał różne psoty. A to za warkocze pociągnął z niewinną miną, a to zagwizdał nad uchem.
Matka niby to gniewała się, karciła, ale oczy jej się śmiały do jedynaka. Dumna była - taki ładny, zgrabny chłopak. Czasu nigdy nie miał na jedzenie - zagwizdali koledzy pod oknem - a on już - myk z domu ! - i szukaj takiego nie wiadomo gdzie.
W jedynym pokoju będącym w posiadaniu tej rodziny Anna zapamiętała duże, podwójne małżeńskie łoże, oraz małe dziecięce łóżeczko ze szczebelkami i toaletkę z trzema lustrami, na której były prawdziwe cuda - drobne porcelanowe figurki przywiezione jeszcze z Kresów. Dziewczynka zawsze ostrożnie i długo je oglądała, były niepowtarzalne - tancerki, łabędzie, ptaszki, gąski z pastuszkami. Dla Petroneli bardzo cenne rekwizyty przeszłości. Ta nieduża kobieta czasem kładła się po obiedzie do dziecięcego łóżeczka - gdzie ku uciesze Ani mieściła się znakomicie. Pani Petronela nie burzyła niepotrzebnie zaścielonych dużych - okrytych pierzynami łóżek. Pan Longin miał jeszcze inne zajęcie - na podwórku kawałek terenu był zagospodarowany i odgrodzony. Tam znajdowały się klatki z królikami.
To była prawdziwa enklawa zieleni - wśród drzew i traw stały rzędem porządnie postawione drewniane klatki. Króliki zabawnie biegały i ruszały nieustannie nosami. Longin z namaszczeniem podawał im pokrojoną marchew, sałatę i liście kapusty. Dla Ani było to prawdziwe przeżycie, kiedy mały pyszczek wciągał zieleninę wprost z jej ręki. Widać było, że staruszek lubi to zajęcie i w towarzystwie zwierząt czuje się znakomicie.
Pomarli staruszkowie, kamienica doczekała się rozbiórki. Anna rozglądała się z roztargnieniem po odpustowych straganach. Patrzyła z niesmakiem na plastikowe pistolety, koszmarne piszczałki, cały ten tandetny kram. Strzelały kapiszony, lepkie cukierki ręcznej roboty przywoływały stada os. Spora garść ludzi okupywała stoisko z anachronicznymi zabawkami struganymi w drewnie. Jakieś drewniane motyle na kółkach, klapiące niezgrabnie skrzydłami, koniki z chudymi nieproporcjonalnie nogami, małe i duże wozy drabiniaste... Nad głową dyndała garść drewnianych ptaszków. Anna szybko przeszukała kieszenie
- Wszystkie ptaszki poproszę!
- Po co ci...? - dziwił się mąż Ani
- To taki mój kawałek Kołomyi - odpowiedziała zagadkowo Anna |
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz