piątek, 5 lutego 2010
W MAŁYM MIASTECZKU (liże kosci, kąsa serce)
- Raz - dwa- trzy! Raz - dwa - trzy!
Ciemne warkocze z furkotem opadały na drobne ramiona Anny, jak dwa twarde biczyki. Chude nogi podskakiwały wzbijając kurz i brudząc niemiłosiernie stopy w podniszczonych sandałkach. Mogła grać w klasy bez końca od rana do wieczora niestrudzenie pokonując pokratkowane przestrzenie i przesuwając kawałek butelkowego szkiełka z pola na pole.
Niedzielne letnie przedpołudnie pełne było much, os i tego utrapionego jednostajnego bełkotu wydobywającego się z otwartych na oścież okien. Głos natarczywy, męski z kiepską dykcją, pełny niezrozumiałych dla dziewczynki słów i zwrotów wydobywał się z radia u któregoś z sąsiadów. Z grubsza rozumiała zaledwie strzępy zdań, które gubiły się i plątały, drażniły uszy i wgryzały w każdą myśl, rozpraszając ją skutecznie i kawałkując na zlepki wyrazów. Anna w takich chwilach stawała nagle i wkładała palce do uszu. W tej pozycji przez kilka chwil można było zebrać myśli i powstrzymać narastającą irytację.
- Że też ktoś chce słuchać tego jazgotu!
Niedzielne przedpołudnia były najgorsze. Była chyba jedynym rannym ptaszkiem, który błąkał się bez celu po podwórku zaglądając we wszystkie jego kąty. Pomiędzy śmietnikiem z krzewem czarnego bzu, a rozłożystym orzechem wyglądającym zza płotu sąsiada nic się jednak nie działo. Pod parkanem bielały jakieś zmięte papiery, wypłowiała trawa coraz szerzej ustępowała miejsca wysuszonym połaciom ziemi. Nuda. Zrezygnowana wyciągała z kieszeni zielone szkiełko i na ubitej ziemi rysowała patykiem kwadrat poprzecinany kreskami na dziewięć równych pól . W klasy grały praktycznie wszystkie podwórka we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach powojennej Polski. Również we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach z uchylonych okien dobywał się się bełkot Towarzysza Wiesława.
Anna podskoczyła jeszcze kilka razy i poczuła okropny, dojmujący, paraliżujący ból w kolanie. Rozejrzała się bezradnie - nie było mowy o dojściu do mieszkania na pierwszym piętrze o własnych siłach. Kilka kroków dalej, na tym samym podwórku zauważyła chłopca, nieco starszego od siebie. Rąbał zaciekle pokrzywy pod płotem góralską laską. Zdjęty nagłym impulsem podbiegł do Anny wręczając jej swoją broń
- Masz, ale zaraz oddaj, najlepiej pójdę z tobą - mieszkamy na tym samym piętrze ! I pobiegł przed nią sadząc zajęcze susy i bębniąc w drzwi Anny
- Proszę Pani! Proszę Pani! Szybko! Coś się stało!
Pani Doktor pokiwała głowa z wyraźną troską
- To wygląda na chorobę reumatyczną. Stwierdziła
- Jak to? Reumatyzm to choroba staruszek - dziwili się rodzice Anny
- Wręcz przeciwnie - Staruszki mają gościec, a to, to choroba głównie dzieci. Poważna sprawa. Powiadają - "liże kości, kąsa serce".
Mama Ani spojrzała z niedowierzaniem na mówiącą. Rozpoznała w niej Panią, która ostatniej niedzieli stała przed nią w kościele w mocno pocerowanych pończochach. Mimo woli podziwiała wtedy rękę, która potrafiła zrobić to absolutnie artystycznie.
Rękę staruszki - matki lekarki
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz